Newsweek [2006]

Nowa skóra Aguilery

Kiedyś konkurowała z Britney Spears o tytuł czołowej lolitki i całowała się publicznie z Madonną. Teraz Christina Aguilera chce pokazać, że umie śpiewać jak legendarna Billie Holliday.

Christina Aguilera ma włosy w kolorze platynowego blondu i karminowe usta. Zwraca na siebie uwagę tak, jak robiła to Marylin Monroe. Nie wygląda jak gwiazda pop, królowa MTV początku XXI w. Jej image kojarzy się raczej ze swingującymi latami 30. i filmami w rodzaju „Cotton Club” Francisa Forda Coppoli. I o to właśnie chodzi.

Nową płytą „Back to Basics” Aguilera chce przywołać skojarzenia z bluesem i jazzem. „To będzie powrót do przeszłości, ale z nowoczesnym drygiem” – zapowiada. Rzeczywiście piosenkarka śpiewa w nowych utworach zaskakująco podobnie do Billie Holliday oraz Elli Fitzgerald. Na jednym z krążków dwupłytowego albumu wykonuje typowy współczesny pop z domieszką sampli i hip-hopu. Najwyraźniej w swingujących utworach chce pokazać, że potrafi śpiewać jak wielkie gwiazdy jazzu. A czaruje nie tylko głosem (niemal pięć oktaw, doskonały sopran koloraturowy), także klimatem.

„Z klasycznym soulem i bluesem miałam do czynienia już w dzieciństwie” – mówi. „Babcia zabierała mnie do małych sklepików z płytami w okolicach Pittsburgha i kupowała stare nagrania. Jako sześciolatka śpiewałam na uroczystościach w okolicy. Dla babci byłby to ogromny cios, gdyby usłyszała, że wykonuję coś, co jest zdecydowanie poniżej moich możliwości wokalnych.”

Ale po bluesa sięgnęła także z powodu przesłania tej muzyki.

„Najlepiej wyraża lęk i cierpienie. Dzięki bluesowi mogę po raz pierwszy opowiedzieć o moim życiu, rodzinie i wszystkich krzywdach, jakich doznałam” – mówi. „W utworze „Oh, Mother” dziękuje mamie za to, że odeszła od ojca, i zabrała wszystkich z jego domu.”

Czy to znaczy, że Aguilera dojrzewa? Chyba najwyższy czas. Ma 25 lat, a początki jej kariery, choć spektakularne, wcale nie zwiastowały, że będzie się czymkolwiek różnić od innych nastoletnich gwiazdeczek w rodzaju Britney Spears. Zaczynała jako muszkieter w koronkach w programie „The Mickey Mouse Club” u boku Britney i Justina Timberlake’a. Miała wówczas 12 lat. O ile jednak Spears – z racji słabego głosu – pozostanie rynkowym produktem, o tyle Aguilerze nie sposób odmówić i talentu, i pasji do muzyki. „W porównaniu z innymi wykonawcami młodego pokolenia dysponuje jednym z najlepszych głosów” – uważa producentka Linda Perry, która pracowała m.in. z Gwen Stefani. „Może konkurować z legendami wokalistyki” – przekonuje. I nie ma powodu polemizować z tą opinią. Piosenkarka ma jednak inny kłopot – nie panuje nad swoim wizerunkiem. Widzieliśmy ją w różnych wcieleniach i nie zawsze mogły one budzić zachwyt.

Jej pierwsza płyta „Christina Aguilera” z 1999 r. była wielkim hitem; sprzedała się w 8 mln egzemplarzy. Zawierała jednak tak tandetną muzykę, że prześmiewcy z obrazoburczego serialu „Miasteczko South Park” umieścili ją w jednym z odcinków jako robakokształtnego potwora prześladującego bohaterów. Mimo to już wtedy piosenkarka zwracała uwagę swoim głosem.

Wydany trzy lata później album „Stripped” zawierał stylistyczną mieszankę popu, gospel i soulu, a znaczną część wydanych na nim utworów napisała Christina. Prowokacyjny wizerunek gwiazdy – roznegliżowane zdjęcia zdobiące okładkę, wyuzdane teksty i pozy, kojarzące się z sado-maso – okazał się ważniejszy niż muzyka. Swoistą wisienką na ciasteczku był sławny pocałunek z Madonną podczas gali rozdania nagród MTV w 2003 roku.

Jednak Aguilera niczego nie żałuje. „Pamiętam, jak rozpierała mnie wtedy duma, że miałam odwagę tak się pokazać. Nie było osoby, która przeszłaby wobec albumu obojętnie. Jedni zafrapowani szukali innych moich nagrań, inni obrzucali mnie epitetami” – wspomina.

W ostatnich miesiącach wokalistka robi wiele, by publiczność interesowała się przede wszystkim jej muzyką. Zaśpiewała w duecie ze sławnym tenorem Andreą Bocellim i genialnym jazzmanem Herbie Hancockiem. „Back to Basics” ma być kolejnym krokiem w tym kierunku.

Niewykluczone, że Aguilerze się uda. Ona naprawdę umie śpiewać. Ale choć robi wszystko, by w końcu uznano ją za liczącą się postać we współczesnej wokalistyce, to znów ma problemy ze swoim wizerunkiem. Teraz epatuje klasycznym erotyzmem z lat 30., upodabniając się do Jean Harlow. Nie ona pierwsza. W ten sposób wpisuje się w panteon wielkich gwiazd show-biznesu, takich jak Marylin Monroe i Madonna.



Możliwość komentowania jest wyłączona.