News

RECENZJA: Portal „Slant Magazine” ocenia album „Lotus” !

Portal Slant Magazine, jeden z największych i najbardziej opiniotwórczych serwisów zajmujących się krytyką kultury opublikował recenzję najnowszego albumu Christiny Aguilery, „Lotus”. Aby zapoznać się z całością tłumaczenia artykułu Sala Cinquemani należy kliknąć w opcję „czytaj więcej…”

Christina Aguilera jest swoim największym wrogiem. Wnioskując po jej ostatnich wywiadach, w których mówi, że jej komercyjna porażka z 2010 roku, „Bionic”, wyprzedzała swoje czasy, a swój wczesny dorobek artystyczny uważa za bardziej szczery niż jej ówczesnych rywalek i rywali z teen popowej sceny, nie jest to najlepsza promocja jaką mogła zgotować swojej nadchodzącej płycie, „Lotus”. Godny podziwu, oryginalnie pomyślany, jeśli nie oryginalnie brzmiący „Bionic” faktycznie został niesprawiedliwie oceniony, ale powinno to być powiedziane ustami kogoś takiego jak ja, a nie niej samej.

„Lotus” zaczyna się tam, gdzie zostawił nas wyżej wspomniany album. Elektroniczne intro z samplami z M83 wybrzmiewa zniekształconym komputerowo wokalem Aguilery, która wygłasza swój najnowszy manifest: „Śpiewam dla wolności i miłości/spoglądam w moje odbicie/dumna z tego jaką stałam się kobietą/niezniszczalny kwiat lotosu we mnie/teraz jestem wolna.” Jednak reszta albumu, w bez dwóch zdań, wykalkulowany sposób, została stworzona dla fanów jej poprzednich albumów, a jej singiel przewodni został wyprodukowany przez Maxa Martina, człowieka odpowiedzialnego za większość przebojów jej kolegów z Klubu Myszki Miki, które Aguilera nazywa mniej szczerymi niż „Genie in a Bottle”.

Jeśli popowa piosenka jest tak silna jak jej refren, to „Your Body” zdecydowanie zalicza się do wagi ciężkiej. Pozwala Aguilerze wyśpiewać refren pełną piersią i zawiera w sobie to prowokujące, dwuznaczne przesłanie, którego można się spodziewać po tej piosenkarce, nawet jeśli newralgiczne punkty jej ciała na okładce płyty zostały strategicznie zasłonięte (która swoją drogą wygląda, jak pudełko jakiegoś środka do higieny intymnej dla kobiet): „Ruszamy się naprawdę szybko/Jeśli nie wiesz jak to skończyć/zrobię to za Ciebie.” Ale prawdę powiedziawszy, jeśli Aguilera i jej wytwórnia pragnęli jej wielkiego powrotu, nawet bezpieczniejszym posunięciem byłoby wydanie na singla drugiego znajdującego się na krążku kawałka Martina, „Let There Be Love”, które brzmi jak hybryda ostatnich rozgrzewaczy parkietów Rihanny, Britney, Katy czy Ke$hy.

Aguilera ma niesławną rysę na charakterze, która często objawia się w tekstach jej piosenek i stała się jednym z powodów, dla których „Bionic” nie poradził sobie na listach przebojów. Jednak tym razem, poza obraźliwym „Circles”, w którym nakazuje swoim prześladowcom, by „zakręcili spiralę wokół jej środkowego palca”, „Lotus” pozostawia próżność Aguilery za drzwiami skupiając się na opiewających niezależność i siłę hymnach w stylu dramatycznego i buntowniczego „Best of Me”. Reszta ballad na albumie nie wypada aż tak dobrze: spektakularny wokal pod koniec „Sing for Me” nie wystarcza by uratować zbyt sztampową i patetyczną balladę, z kolei „Just a Fool” country popowy duet z Blakiem Sheltonem brzmi chwilami po prostu tanio. (Dla jasności, Aguilera nagrała duet z każdym z kolegów z panelu sędziowskiego The Voice).

Biorąc pod uwagę fakt, że Lotus jest najkrótszym albumem Aguilery od czasów debiutu, ma on zdecydowanie mniej słabych punktów, ale też proporcjonalnie mniej spektakularnych momentów. Wyprodukowany przez Lucasa Secona, który w latach 90tych zaliczył swój własny wielki przebój, dziwaczny „Lucas with the Lid Off” „Red Hot Kind of Love” to efektowna mieszanka old-schoolowych hip-hopowych loopów, samplowanych wokali, chwytliwego mostku i jeszcze bardziej chwytliwego refrenu. Największą niespodzianką na albumie jest pulsujący wściekłością „Cease Fire”, w którym możemy usłyszeć marszową orkiestrę splatającą się ze skrupulatnie utkanym kolażem z nadające w tle ton chóru dla mgliście apolitycznych i szokująco mało ckliwych wołań o pokój. Więcej piosenek jak ta mogłoby się złożyć na naprawdę doskonały album, coś co ostatni raz udało jej się zrobić z pierwszą połową dwupłytowego „Back to Basics”.

OCENA: 3/5

%d bloggers like this: